Bez jaj! Ale z polskim wątkiem.

Wielka Sobota była dla nas jakoś nieświątecznie zajętą sobotą. Tak więc kiedy pomyślałam o świętach, o tych świętach, których jakoś nigdy nie obchodzę, o tych świętach, które nazywam zwykle „Noël de printemps”, zrobiła się godzina późna. A pomyślałam o nich, bo przecież od niespełna roku jestem Matką Polką, to brzmi, cholera jasna, dumnie i jakieś obyczaje i tradycje mojemu synowi powinnam przekazać. Uśpiwszy opornego Hobbita, który nie przyjął do wiadomości, że zmieniliśmy czas na letni i oprotestowuje każdego wieczora prosty fakt, że czas by wreszcie dać rodzicom kawałek wieczoru, pognałam do sklepu. Godzina była jakoś po 21 pierwszej.

Sklep wyglądał jak – rety, chciałam napisać, natchniona, że wyglądał jak chrystusowy grób po zmartwychwstaniu, głucha pustka i tylko opróżnione opakowanie gdzieniegdzie, ale mi się autocenzura włączyła – po jakimś wielkim splądrowaniu, najeździe Hunów, czy innych głodnych ludzi. Patrząc na to co zostało z resztek po czekoladowych jajkach i takich też królikach, które kultywuje tradycja lokalna, próbowałam sobie przypomnieć, co też takiego kultywuje tradycja moja własna. Moja głowa wyglądała – jak ten sklep. Splądrowana przez m.in wcześniejsze godzinne protesty Hobbita przeciwko wizycie u Morfeusza. Przez m. in. wszystkie słabo przespane noce, których od roku prawie się nazbierało. Itp. Co się je w Polsce na święta? Czym się dekoruje? W nadziei na koło ratunkowe pod tytułem telefon do przyjaciela wyciągnęłam komórkę – wyładowana. Jak zawsze.

Porwałam więc szybko zwiędły bukiecik tulipaników, jako wątpliwą dekorację świąteczną. Ostatniego czekoladowego królika. Jakąś kurkę na jajkach o smaku miętowym (miętowym? !!!&%#@!) Biegnąc kurcgalopkiem do domu, biczowałam się, że z tradycji nie przekażę dziecku niczego. Nawet okna zamiast świecić świąteczną czystością, błyszczą się tłustymi odciskami hobbicich paluszków.

***

W Wielką Niedzielę, na świąteczne śniadanie przygotowałam jajecznicę. I wtedy D. przypomniał mi, że już nie mamy więcej jajek, a przecież w Polsce na święta je się i dekoruje jajka na twardo. I wtedy przypomniałam sobie, że nie lubię jajek na twardo. I że w ogóle, jako CHPD czyli Bardzo Kiepska Pani Domu, do tych świąt muszę się zabrać z innej strony.

I tak poszliśmy na mszę do kościoła. Protestanckiego, Ojciec Hobbita i Hobbit są hugenotami. Nie to, żebym chadzała zwykle na mszę. Nie to, żebym lubiła msze, nawet protestanckie. Ale lubię bardzo biblijne historie i życie Jezusa Chrystusa, a msze protestanckie są nie tak długie. Nie potrafiwszy przekazać tradycji własnych, postanowiłam dziecku przekazać jakieśkolwiek.

Msze protestanckie („kult” w hugenockim narzeczu) przenoszą mnie też w czasy lektur Ani z Zielonego Wzgórza czy innych takich, gdzie występuje skromny pobielony kościół („świątynia” w hugenockim narzeczu) i miły pastor, który gawędzi z całą trzódką. Albo pastorowa, jak w tym wypadku. Dawna śpiewaczka operowa. Moje dziecię, niepomne na przekazywanie tradycji jakichśkolwiek, większą część mszy przespało na plecach swojego ojca. I to mimo psalmów w wykonaniu byłej śpiewaczki operowej. Przespało również na szczęście wspólną komunię, gdzie dzieliśmy się prawdziwym chlebem oraz winem – było ryzyko, że zainteresowało by go to za bardzo.  Następnie obudziło się, rozejrzało wkoło i donośnym głosem w języku Hobbitów zażądało natychmiastowego wypuszczeniu z nosidła. Następnie tłuściutkim paluszkiem wskazało mi (dodając zwięzłe opisy w języku hobbicim) że jedyną dekoracją w kościele jest drewniany krzyż i dwa wielkie żyrandole (czyli „o.. koko, e… koko… u…koko” –  w hobbicim narzeczu). By potem wsadzić palec w oko swojej czteromiesięcznej sąsiadki w różowym kapelutku i poraczkować rączym kłusem w stronę ołtarza.

Gdy kult się skończył, Hobbit zadał mi pytające spojrzenie – ale matko, o co chodzi? Dzisiaj zmartwychwstał Jezus Chrystus – odpowiedziałam mu poważnie. Ale większe wrażenie zrobił na nim skromny poczęstunek przygotowany przez panią pastor i parafian. Donośnie zażądał czipsa (jajek i tak nie oferowano) i wpadł w czarną rozpacz, bo ani ojciec, ani matka nie podzielili się z nim winem. W tym czasie matka naszej sąsiadki w różowym kapelutku podzieliła się ze mną radą – widząc pierwsze blade próby hobbicie poruszania się dwunożnego – że najlepiej dzieciątka wsadzać od początku do chodzika, wtedy nie poruszają się czternożnie, zwłaszcza tam gdzie inni stawiają swoje obute stopy. W tym czasie ojciec Hobbita odkrył, że inna z parafianek jest jego ciotką, co potwierdza teorię, że we Francji wszyscy hugenoci są ze sobą spokrewnieni.

– Czy odbył już poszukiwania czekoladowych jajek – zaintonowała nagle śpiewnym głosem pani pastor, wskazując na mojego syna. Z bliska wyglądała na chudziutką jak pajączek.

– Nie – odpowiedziałam, myśląc, że naprawdę nie przekazujemy dziecku żadnych tradycji. – Ja nie wiem o co chodzi, wyznałam jej, dodając zaraz kłamliwie – ja przekazuje dziecku polskie tradycje, jestem Polką.

Polką. Matką Polką.

Oblicze pani pastor rozjaśniło się.

– Ja też – wyznała mi po fracusku – Znaczy, moi rodzice urodzili się blisko Danzig, w Tuchola. Byłam ostatnio z pastorami na wycieczce w Polsce. O rety – jedliśmy bigosz… Prawdziwy bigosz. Marzenie! Jak ma na imię pani dziecko? Jak?? Ależ oczywiście!

Tadzio, Tadeusz, Tadzik – zaczęła nagle z niezwykłą biegłością śpiewnie przywoływać różne możliwe wersji hobbiciego miana, ze wzrokiem tak rozmarzonym, że natychmiast chciałam wziąć ją na spytki, by dowiedzieć się, skąd zna to imię i czemu coś ewidentnie dla niej znaczy.

Tym razem nie dowiedziałam się. Pani pastor dalej wyśpiewywała imię mojego dziecka, ignorując z uśmiechem gorączkowe opowieści nowo odkrytej ciotki D., o tym, z jak bardzo pastorskiej rodziny D. pochodzi, zasłużonej dla kościoła Hugenotów. Ignorując z uśmiechem pożegnania wychodzących parafian.

Nie pozostało mi nic innego jak ukłonić się i powiedzieć – Au revoir, madame

– Nie, nie madame! – zawołała gwałtownie.

Jakieś faux pas? Zaczęłam myśleć gorączkowo. W Polsce mówi się „proszę księdza” nie „proszę pana”, to miałam w głowie zakodowane, ale w tubylczym i to jeszcze hugenockim savoir vivre wciąż się gubię, mimo lat w zasłużonej pastorskiej rodzinie.

– Mów mi Krysztyna! Mam na imię Christine, ale mów mi Krysztyna! – wołała machając nam na odchodne.

Wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę, Hobbit na plecach swojego ojca, a ja pomyślałam, że jednak o coś polskiego udało mi się jednak zahaczyć.

***

Wesołych Świąt a właściwie Mokrego Dyngusa życzy Czara i (hobbicia) spółka!

Wielkanoc Tadzia

Szarlotka w dresie

Salut, Szarlotko z truskawkami! – woła do niej żartobliwie na powitanie jeden z kolegów. I za nim zniknie w kuchni, wchodzi za kontuar i zbliża do niej swój zarośnięty policzek. Wymieniają się przyjacielskim pocałunkiem i obowiązkowym „ça va?”.  Charlotte opowiada mu jeszcze, ze swoim mocnym akcentem z przedmieść, jak wielki kot gonił ją całą noc w śnie i w związku z tym musi sobie strzelić jeszcze jedną „crème”, bo jest totalnie padnięta. W tym samym czasie serwuje małą czarną starszemu panu, który po drugiej stronie kontuaru czyta dzisiejszy Le Parisien i równocześnie inkasuje parę monet od chłopaka, który pił swoją „allongé” na tarasie.

Cienkie włoski ściągnęła w mały kucyk, w szerokiej bluzie z kapturem jest zupełnie sobą, nie przebrana za paryską kelnerkę. Nie udaje zresztą nikogo innego. Bardzo lubi swoją pracę, po maturze miała robić jakiś dyplom przygotowujący do konkretniejszego zawodu, ale wolała od razu, do roboty, do ludzi. No i te tysiąc euro też by się przydało, śmieje się, ukazując małe, równe zęby. A bar jest super cool! Ciągle jest z kim pogadać, ludzie są fajni. Teraz zimy takie lekkie, na tarasie słońce często mocno daje, ekstra jest tak móc ciągle być na zewnątrz, nie zniosłaby siedzieć czy stać w jednym miejscu, jak w jakimś biurze, czy co gorsza na kasie.

Na początku trochę może czuła się lekko nieswojo, kiedy wpadali na kawę „les caïds du quartier” w dresach, i inni różni na skuterach, wiadomo jaka to jest dzielnia. Ale ona nikogo osądza, dla wszystkich po równo ma jakiś lżejszy czy grubszy żarcik.  Ma gadane przecież. Szybko się przyzwyczaiła, zresztą taki tu mają miks klienteli –  emeryci, turyści no i oczywiście okoliczni bobo, ta „burżuazyjna bohema”, która od kilku lat zaludnia coraz gęściej zbocza Belleville. Często z kompami na stoliku przez pół dnia, z przerwą na déjèneur w południe. Pracują tylko na „mac’ach”, śmieją się z szefem baru, że z czymś innym niż apple nie powinno się wpuszczać. Fajni są też ci goście z ekip filmowych, co tu ciągle coś tu kręcą, no taki powiew wielkiego świata, może ją kiedyś ktoś wyhaczy za tym barem i zatrudni do jakiejś roli, haha.

No, trudniej jest w porze lunchu, zwłaszcza jak świeci słońce, trzeba się roztroić, rozczworzyć. Często mają nerwy klienci, bo nie chcą czekać, a czekać trzeba jak jest ful, a tu dwóch kelnerów na salę i taras, szału nie ma. Potem można chwilę odsapnąć, po południu zaczyna się aperitif więc serwuje się drinki i oliwki. Lubi robić te koktajle, odmierzać. No i  mamy z dzieciakami, na colę czy wodę z syropem miętowym. Dzieciaki też lubi, daje im często cukierki, a tam w kącie są różne gry dla nich, żeby nie nudziły się jak mopsy, kiedy mamuśki plotkują. No i tak do osiemnastej szybko zleci, chociaż nóg już wtedy nie czuje, ale za to grubsza robota, czyli dîner, to już na szczęście nie jej działka. Najbardziej zmęczona jest w poniedziałek, ale po poniedziałku już od razu wtorek czyli weekend!

Weekend?

No tak, ma weekendy we wtorki i poniedziałki, przecież w restauratorstwie nie ma klasycznych weekendów. Ale to jest ok, bo wcześniej miała wolne w niedziele i poniedziałki i to była naprawdę słabe. W niedzielę i w poniedziałki to wszystko jest zamknięte, nie tylko sklepy, ale nawet często na basen nie da się pójść. A sklepy w poniedziałek to w ogóle tragedia, rzucają się na żarcie ci ludzie jak sępy. Kiedyś podchodzi do półki, leżały trzy camemberty, zanim wyciągnęła rękę, już je rozszarpali. No tak. Bo ona zanim się zbierze na zakupy, to już wieczór jest, nawet w carrefourze nie da się kurczaka na przykład kupić. A we wtorki i środy to jest luz, Paryż jest dla niej, śmieje się chropowato.

Gorzej jest tylko, jak szef ją przesuwa na południowo-wieczorną zmianę. O nie, nie będzie się dawać już przesuwać. Nie chce ryzykować, że dostanie krzesłem, czy w gębę, nie mówiąc już o innych takich ole ole. Nie i nie, jest dziewczyną, laski nie powinny stać za barem wieczorem. Zwłaszcza w takiej dzielnicy.

A nie, żadnego chéri na stanie nie posiada, czeka na jakiegoś księcia na białym koniu, prince charmant, może się zjawi, może nawet tu przy barze…

Mademoiselle, je voudrais payer, je vous dois combien?- pyta elegancko klient, zamiast po prostu rzucić „ile?”. Cztery tysiące! – odpowiada mu z szelmowskim spojrzeniem Charlotte. Mais non – rechocze widząc jego zbaraniałą minę, od razu widać, że cudzoziemiec, nie łapie żarciku –  No cztery euro przecież…

The Bar at the Folies-Bergeres, by Edouard Manet

Miasto luster

Przyznam się wam, że nie mam w domu dużego lustra. Takiego, w którym mogłabym się przejrzeć w całości. Znam więc siebie tylko w częściach, jak puzzle, które zresztą bardzo często nie chcą się do siebie dopasować. Swoją górę widzę w lustrze w łazience, albo w tym w saloniku. Żeby zobaczyć dół, muszę wchodzić na kanapę, ale wtedy tracę górę. Zatem kiedy wychodzę z domu, nie mam pojęcia jak wyglądam i łapczywie łowię swój obraz gdzie popadnie, w szybach samochodowych, w witrynach sklepowych, w przeszklonych ścianach w moim ulubionym bistro, kontroluję tę całość, która w domu mi umyka. Czasem w oczach przechodnia widzę błysk satysfakcji, że przyłapał  mnie na tej ukradkowej czynności, że przejrzał moją tajemnicę. A przecież,jak czytam u Benjamina, lustra w Paryżu to cała instytucja:

Paryż to miasto luster. Asfalt odbija obraz drogi, lśnią lustrzane tarasy kawiarni. Obfitość luster i przeszklonych tafli w kafejkach ma dodać im światła, przyjemnie powiększyć nawet najmniejszy kąt i zakamarek, z których składają się paryskie lokale. Kobiety tutaj przeglądają się w lustrach częściej niż gdziekolwiek indziej, stąd szczególne piękno paryżanek. Zanim jeszcze spojrzy na nie jakiś mężczyzna, one już dziesięciokroć dojrzą swoje odbicie. Ale także i mężczyzna tutaj w okamgnieniu dostrzega swoją fizjonomię. Tutaj swój obraz widzi znacznie szybciej niż gdzie indziej i od razu się do niego dopasowuje. Nawet oczy przechodniów tworzą zamglone zwierciadła i niebo podwaja nad Paryżem łoże Sekwany, podobnie jak kryształowe lustra odbijają zmiętą pościel w paryskich burdelach.

(…)

Kiedy dwa lustra odbijają się jedno w drugim, Szatan popisuje się swoją ulubioną sztuczką i i otwiera widok na nieskończoność (tak jak można to dojrzeć w oczach zapatrzonych na siebie kochanków). Czy to z boskiej, czy diabelskiej inspiracji, Paryż uwielbia zwierciadlane perspektywy. Łuk Triumfalny, Sacré Coeur, a nawet Panteon jawią się w postaci napowietrznych obrazów wiszących na niewielkiej wysokości, podwajanych architektoniczną perspektywą mirażu.

My tutaj z ulicy Rivoli

Jakbym nagle obudziła się z letargu. Byliśmy na ulicy Rivoli. Patrzyłam na ich niesamowicie chude nogi, długie, w przybrudzonych i przykrótkich spodniach. Z wystrzępionymi nogawkami spod których wyłaniały się bardzo czarne kostki. Zaraz, zaraz. Tak nie wyglądamy, my tutaj, na ulicy Rivoli. Jesteśmy dobrze ubrani i nie za szczupli, ot tyle co trzeba. Jesteśmy paryżanami, którzy zmierzają do Luwru, choć częściej turystami, w rękach mamy torebki lub drogie aparaty.

Im z rąk zwisały pęta malutkich wież Eiffela i czego tam jeszcze. Mój wzrok wspiął się wyżej, jeszcze wyżej. Senegal, ocenił wzrok fachowo, mieszkałam kiedyś z Senegalczykami w jednym akademiku, tak wysokich i wiotkich ludzi nie widziałam nigdzie indziej. Ciepłe kurtki i czapeczki na głowach, choć to koniec marca, to zimno. Nie wiem, czy takiego zimna się spodziewali, przebywając w palącym słońcu te długie kilometry na starych ciężarówkach, wsiadając na byle jak skonstruowane i przeludnione łódki, nie wiedząc, czy do tej ziemi obiecanej uda się w ogóle dopłynąć, czy zaciągnięty dług na te wszystkie opłaty i łapówki da się kiedyś spłacić…

Czerwone światło. Mój wzrok mierzy wysoko, ślizga się po profilu o zaokrąglonym nosie. Profilu wpatrzonym w dal ulicy, tam skąd wypływa ta rzeka aut. A może tylko na tę rodzinkę, która przechodzi przez ulicę obok, z dziećmi jak małe kaczuszki. Może się lekko uśmiecha, a może mój wzrok się myli.

Zielone. Idziemy, oni z przodu, nie w grupie, rozproszeni. Mój wzrok podąża za nimi. Wieżyczki dzwonią przy ich kieszeniach. Idą do pracy. Wysłać pieniądze tam gdzie, gdzie ten zimny wiatr tak nie wieje, gdzie piecze słońce, gdzie matki i siostry w lepiankach…? Nie, chyba jeszcze nie, wzrok ocenia fachowo podniszczone nogawki, raczej dopiero zacząć spłacać dług, czekając na lepsze, cieplejsze dni, na wiosnę.

Krążą przed muzeum. Krążą przed Wieżą. Krążą przed katedrą. Krążą przed Bazyliką. Ludzie-muchy, brzęczący obrożą z wieżyczkami. „Łanełrro, łanłrro, łanełrro!”. Ludzie-ćmy, latający wieczorami po barach z naręczami kwiatów. Ludzie-pająki, zaplatający na rękach przechodniów niciane bransoletki pod Sacré Coeur.

Ludzie.

Więcej: Paryżanie – I dzielnica.

Na progu

20121121-102429.jpg
Mijałam go codziennie. Na początku nie wiedziałam, dlaczego wybrał właśnie tę uliczkę, przy której mieści się nasza uczelnia. Siedział zawsze na tym samym kamiennym progu, pod tymi sami ciężkimi, nigdy nie otwieranymi drzwiami. Obok niego stał niewielki plecak, czasem metalowy kubek. Młody, o bujnej ciemnej czuprynie zawsze związanej z tyłu. W oczach miał jakieś radosne iskierki.

Dużo czasu mi zajęło, zanim zorientowałam się, że Sofian nie jest jakimś studentem, czy po prostu kimś kto czeka na autobus. A przecież to było oczywiste, siedział zawsze w tym samym miejscu. Czasem się przechadzał, by rozprostować kości. Najczęściej czytał. Tę samą książkę. Koran. Czasem cicho śpiewał. Uśmiechał się do mnie za każdym razem, nigdy nie zaczepiał. To ja zaczęłam mu mówić „bonjour”, jak wszystkim, których znam przynajmniej z widzenia.

To chyba było wtedy, kiedy przez uchylone drzwi zobaczyłam go jak myje zęby w łazience, w budynku uniwersytetu. Dostrzegł też mnie i mojego przyjaciela, Leo. Pomachał nam radośnie. „To jest Sofian.” – powiedział mi Leo wyjaśniającym tonem. „On tu mieszka, na ulicy”.

„Jak to, tu mieszka?” – zapytałam jakbym przebudziła się nagle z długiego snu. Snu, w którym na świecie nie ma ludzi bezdomnych, kloszardów. Snu, w którym świat wydaje się miejscem logicznym i bezpiecznym. „No tu”, odpowiedział Leo. „Na ulicy”.

Na ulicy. Te słowa brzmiały mi w uszach. Nawet nie gdzieś w przytułku. A przecież jestem przyzwyczajona, przecież choćby przy rue de Clichy codziennie mijam porządnie zaścielone i zabezpieczone folią łóżko i to nie jest w Paryżu wyjątkowy widok. Ale Sofian nie mieścił mi się w moich ciasnych ramach kategorii „bezdomny”. Schludny, zawsze ogolony, w porządnym czystym ubraniu, bez charakterystycznych bambetli, przypominał raczej jakiegoś trochę mniej kolorowego hippisa…

Gdy kolejnego razu Leo przedstawił na sobie, staliśmy przed salą wykładową i piliśmy kawę z plastikowych kubeczków. Nie wiem jak to się stało, że rozmowa (w płynnej francuszczyźnie z delikatnym tylko akcentem arabskim) zbiegła na obrazy Gauguina. Dokładnie te malowane w Pouldu. Nie pytajcie mnie, skąd muzułmański bezdomny zna na tak dobrze Gauguina. Jakoś tak mimochodem Sofian, przyznał się, że ma urodziny właśnie dzisiaj. Wznieśliśmy za niego toast kawą z automatu.

Widziałam go jeszcze przelotnie parę razy. Raz na uczelni, gdy pędziłam spóźniona na wykład, znowu pił kawę ze studentami, zadowolony, roześmiany. Ukłonił mi się z daleka i głośno zapytał „ça va?”. Jakby na znak, że jest znajomy, jest tu kimś, jest stąd chociaż z daleka. Pomyślałam, że nawet nie wiem dokładnie skąd. I że następnym razem może zadam jakieś bardziej oczywiste pytania, niż te czy zna Autoportret Gauguaina z żółtym Chrystusem… Chciałam wiedzieć, skąd dokładnie przyjechał. Z Maroka? Może z Tunezji, z której po otwarciu granic do Paryża napłynęło mnóstwo imigrantów, wszyscy liczący na lepszy los, który czeka na nich z otwartymi ramionami, jak spokojny port. Większość zderzająca się jednak o ścianę braku „papierów”, pracy, mieszkania, po prostu miejsca dla siebie w tym i tak przeludnionym mieście marzeń, które nie marzeń często nie spełnia…

Tymczasem w Ogrodzie Luksemburskim drzewa miały coraz mniej liści. Jesień stawała się coraz bardziej dotkliwa, a zimno przenikliwe. Przechodząc szybko z metra do dobrze ogrzewanego budynku uniwersytetu kuliliśmy się w naszych płaszczach i owijaliśmy szalami. Zobaczyłam raz Sofiana, jak siedział też skulony, w tej samej bramie co zawsze. Nie czytał, nie uśmiechał się. Miał puste oczy, wpatrzone nieruchomo w chodnik. Nie zauważył nawet, że przeszłam obok.

Pytałam Leo, licząc, że może coś wie, czy Sofian ma jakiś kąt, żeby się w cieple przespać, jakieś schronisko, znajomych, cokolwiek. Leo nie miał pojęcia. Tamtego dnia natomiast zaprosił mnie pod koniec wykładu na obiad: „Jestem wyjątkowo przy forsie” – wyszeptał z dumą. Odmówiłam, bo miałam kolejne zajęcia, a na to Leo zadeklarował, że w takim razie zaprosi Sofiana, „Musi zjeść coś ciepłego”. I wybiegł z sali wykładowej, nie czekając na koniec wykładu. Gdy wyszłam kwadrans później i ja, widziałam Leo, mojego żydowskiego przyjaciela, z jak z obłędem w oku krąży po budynku pytając, czy ktoś nie widział Sofiana. „To mój kumpel, mieszka tu, na tej ulicy.” – tłumaczył każdemu kto wiedzieć chciał lub nie. Myślę, że nie zobaczył go już nigdy.

Mnie też coś nie dawało spokoju, Jednego wieczoru leżałam w domu chora pod kocem i choć czułam się naprawdę podle, rozkoszowałam się myślą, że jest mi ciepło, że nie muszę nigdzie wychodzić. I ta myśl, zwykle tak podnosząca na duch, teraz była tylko jak szpilka, wbita w bolesne miejsce. Może pojęcie „dachu nad głową” jest zbyt banalne, by się nim cieszyć. Ale od zawsze mam takie przeczucie, że ten błahy i powszechny fakt, to jest jakieś ogromna szansa, fart. Zwłaszcza w chłodne i wilgotne wieczory. Niestety, nie dla wszystkich.

Zaczęłam się zastanawiać co i czy w ogóle coś mogę zrobić. Może niewiele, ale mogę chociaż zapytać. Przynajmniej zapytać. Może to niewiele, a może zupełnie dużo? Tak uzbrojona w to postanowienie, ruszyłam kolejnego dnia w stronę uniwersytetu.

Sofiana nie było już nigdzie. Nie wypytywałam wszystkich z obłędem w oku, zadałam tylko dyskretnie pytanie mojemu koledze. Czy coś wie. Leo ze zdziwieniem, jakby nawet nie mógł już przypomnieć sobie o kogo chodzi, odparł, że jest zimno, że najprawdopodobniej Sofian znalazł jakieś miejsce w przytułku. Nie wiedział nic.

Od tamtej pory, codziennie przechodząc tą samą uliczką, z przyzwyczajenia zerkam w zawsze tę samą bramę. Nie ma nikogo. Wiele się nie zmieniło, na drzewach zostało może tylko mniej liści. Myślę, że większość studentów nawet nie zauważyło jego obecności.

Nie wiem, jak zakończyć tę historię. Mam wrażenie, że przegapiłam jej początek, najważniejsze epizody. Tymczasem listopad wykonał woltę, jest już znacznie cieplej. Ale Sofian na naszą uliczkę nie wrócił. Mogę więc mieć tylko nadzieję, że to jest jakiś happy end.

Poszła baba do doktora czyli z wizytą u homeopaty


Paryż wreszcie rozletniony, rozebrany, pieszczony słońcem. Jakby nie było całej tej zepsutej jesieni, ponurego początku lata, jakby paryskie niebo mogło mieć tylko lazurowy kolor. Spaceruję sobie bulwarem Pasteura, pod cienkimi podeszwami sandałków, czuję gorący chodnik. Nie szukam nawet cienia.

Skręcam to w jedną, to w drugą uliczkę, które wyglądają, jakby nie było całego tego chaotycznego XX wieku. Cichutkie, uśpione upałem, jakby wiejskie. Z rozpędu mówię dzień dobry rzadko spotykanym przechodniom. Z rozpędu odpowiadają.

Dochodzę do bramy, przy której dumnie widnieje tabliczka: Monsieur Jean Jacques Dupont. Doktor Medycyny Homeopata. Unicysta. I informacja, że jest „conventionné” czyli honoruje państwowe ubezpieczenie. Bardzo dobrze. I że działa w sektorze drugim, czyli że jego honoraria są znacznie droższe niż to co pokrywa standardowe ubezpieczenie. Mniej dobrze.

Naciskam kod, drzwi bramy się otwierają. Przechodzę przez ciche podwórko i drewnianymi schodami wspinam się na pierwsze piętro. Pan doktor otwiera drzwi i zaprasza do małej poczekalni, gdzie stoi parę krzeseł, każde z innej bajki i epoki. Przeprasza mnie, ale ma opóźnienie. Nie szkodzi. Wybieram wygodny fotel i zapadam się w lekturę… Kiedy podnoszę oczy sprawdzić godzinę, widzę, że czekam już 30 minut. Trochę szkodzi.

Ale wreszcie jestem w gabinecie. To moja druga wizyta, ale pan doktor nie od razu się orientuje więc najpierw pieczołowicie i z trudem kaligrafuje na białej kartce moje egzotycznego dla niego imię i nazwisko. Kiedy przypominam mu, że już tu byłam i chyba mam swoją kartotekę, znaczy… kartkę, on uderza się z werwą w czoło i oświadcza: A to ja panią zaraz odnajdę! Wychodzi do pomieszczenia obok na dłuższą chwilę.

Rozglądam się wokół siebie. Gabinet jest mały i ciasny, urządzony wręcz po spartańsku. Mleczne szyby w oknach mocno filtrują światło. Trudno uwierzyć, że na zewnątrz taki jego nadmiar. Na środku wielkiego, zwykłego biurka (ani nowoczesnego ze szkła i plastiku, jakie ma moja dentystka, ani à la antyk, jakim dysponuje mój lekarz ogólny), tronuje oczywiście komputer firmy Apple. Na nędznych regalikach upchane są książki, medyczne i słowniki. Tylko ściany przykuwają wzrok, pokryte nieoprawionymi płótnami z interesującym współczesnym malarstwem figuratywnym.

Tymczasem doktor wraca triumfalnie z kartką, którą pracowicie zapisał podczas mojej ostatniej wizyty. Mam! – oświadcza z dumą małego chłopca. Uśmiecham się grzecznie i czekam co dalej.

Pan doktor jest homeopatą unicystą, lekarzem, który szuka na wszystkie dolegliwości jednego i uniwersalnego leku – remedium. Przyznam się, że zdecydowałam się na tę formę medycyny, bo mam trochę dość tej konwencjonalnej, która, akurat w moim przypadku, nie leczy, szkodząc. Czemu więc nie spróbować takiej nie leczy, nie szkodząc?

Pierwszym pytaniem, jakie doktor zadał mi poprzednio brzmiało: Co sprawia, że jest pani inna niż wszyscy? Przyznam się, że trochę mnie wtedy wmurowało. Czy to pytanie pułapka, które implikuje, że w rzeczywistości JESTEM inna niż wszyscy? Ale dlaczego miałabym być? Przychodzę z dość banalnymi dolegliwościami przecież… A może pan doktor myśli, że jestem dokładnie taka sama jak wszyscy, bo uważam się za inną niż reszta…? Na wszelki wypadek, uciekłam się do taktyki „to znaczy?” Czyli TZ.

– Już wiem – odpowiedział sobie wtedy sam – za dużo pani rozgryza! A to przecież było proste pytanie!

Tym razem pierwsze, o co zapytał doktor, to „Co się pogorszyło, a co się poprawiło?”. I to pytanie akurat rzeczywiście wydało mi się proste. Jako wieczny hipochondryk miałam zresztą już przygotowaną szczegółową odpowiedź na temat wszystkich moich problemów i problemików związanych z moim ciałem, ale… Pan doktor przerwał mi:

– Ale ja tu zanotowałem: niezdecydowanie, ruminacje itd. To o tym proszę mówić!

Wtedy doszło do mnie, że pana doktora nie interesuje absolutnie studiowanie mojej some. Wybiera psyche.

– Ach to… – odpowiadam ponuro –  panie doktorze – wzdycham ciężko – to mi się pogarsza coraz bardziej.

– Ale za to – cieszy się szczerze doktor – jakie piękne westchnięcie! Muszę je tu sobie zanotować. Brawo, proszę tak robić częściej, to pozwala lepiej oddychać.

Próbuję powtórzyć mój wyczyn, ale jakiś silniejszy ode mnie chichot mi nie pozwala.

Pan doktor wszystko notuje na nowej białej kartce papieru. Komputer służy mu tylko do „szukania remediów”.

– Musimy teraz wybrać z ośmiu remediów jedno odpowiednie dla pani – mówi. – Proszę powiedzieć, co pani czuje pod wieżą Montparnasse.

Yyyy… Jak to? Wiem co czuję na wieży Montparnasse, ale co czuję pod nią? Technika TZ (To znaczy?, c’est à dire ?) Pan doktor zdejmuje okulary i mówi konfidencjonalnym tonem :

–    Nie ma pani wrażenia, że może ona się na panią natychmiast zawalić ?

Przyznam, że nie, takiego wrażenie nie miałam, ale następnym razem, będąc w okolicy przestudiuję tę opcję.

Pan doktor mi przyklasnął i powiedział:
– To będzie pani zadanie domowe! – i kontynuował: Czy jest pani zmarzluchem?

Ostatnio już mu odpowiedziałam na to pytanie, ale przytaknęłam uprzejmie i zgodnie z prawdą.

– Świetnie! A czy pani się boi burzy?

Głupio przyznać, ale… No tak, trochę się boję burzy.

– Rewelacja! – wykrzyknął ponownie, klikając coś w swoim Macu.  – A co pani myśli zastrzykach?

– Yyy… nie cierpię. Mam prawdziwą fobię! Zamykam oczy na widok igły!

Doktor uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Miło mi to słyszeć, bo… Wie pani. Najgorsze co tu kiedyś usłyszałem to było „Uwielbiam dźwięk wbijającej się strzykawki w moją żyłę.”

Auuuć – skrzywiliśmy się zgodnie i boleśnie!

– A co pani myśli o dzieciach – zmienił nagle temat.

– Wie pan doktor… Kiedyś lubiłam, ale teraz… Im bardziej kalendarz mówi mi, że powinnam się o nie starać, tym gorzej o nich myślę. Hałasują i są niesamodzielne.

Doktor, mężczyzna w starszym już wieku, obdarował mnie uśmiechem pełnym zrozumienia.

– A proszę wybaczyć intymność pytania, może panią zakłopoczę, ale…

Skóra mi ścierpła. Nie cierpię przekraczania granic nawet przez lekarzy, czy moich przyjaciół. Głupich „intymnych” żartów, uwag, pytań. A zdarzyło mi się to pary razy.

– Czy…. czasem pani stopy brzydko pachną?

Krztusząc się odpowiedziałam wesoło: – Mam nadzieję, że nie!

– Ale co to za odpowiedź, „mam nadzieję”…  Pani się śmieje, a to jest dolegliwość całkowicie wyleczalna i zdarza się każdemu – spojrzał na mnie z przyganą. I kontynuował:

– A gdzie ma pani stopy śpiąc?

– YY… na łóżku??

Kolejna zła odpowiedź.

– Na kołdrze, pod kołdrą?– doprecyzował sucho.

– A… Śpię jak mumia – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, zastanawiając się, co będzie dalej.

A wtedy padła bomba.

– Czy zdarzała się pani „l’amour impossible”?

Matko boska. Znaczy że jak impossible, w samolocie, w skomplikowanej i niemożliwej pozycji kamasutry? – myślałam gorączkowo. Technika TZ! TZ?

– Wie pani, może na przykład zakochała się pani w żonatym mężczyźnie, albo choćby takim który mieszkał tysiące kilometrów stąd?

Litościwie okrywając ciszą moją sercową przeszłość pomyślałam tylko o D. i paru latach, przez których dzieliło nas kilka (tysięcy) kilometrów i… przytaknęłam.

– Wie pani… to normalne. To już zbadano w XIX wieku. Arystokratki zakochiwały się w swoich woźnicach. A    księżna Monako….

– …w swoim szoferze!- wykrzyknęłam, choć nie wiem skąd wiedziałam, wydaje mi się, że nie znam historii księżnej Monako.

– Właśnie – popatrzył na mnie z aprobatą. – Ponoć to przez to, że do końca życia nie przebolała śmierci matki. Kiedy człowiek skrywa gdzieś głęboko w sobie taki smutek, wtedy zdarzają się „les amours impossibles”. – powiedział filozoficznie i dodał: – A ja mam dla pani remedium!  – i zabrał się za wypisywanie recept.

– 50 euro – powiedział z uśmiechem. Wysupłałam z portmonetki przygotowany na tą okazję banknot. Pięćdziesiąt euro to jest jego najniższa stawka, taka typowa to siedemdziesiąt, powiedział mi ostatnio, co nakazało mi myśleć, że nie traktuje chyba poważnie moich dolegliwości! Pięćdziesiąt euro to tyle ca za nową plombę u dentystki i dwa razy tyle co za wizytę u lekarza ogólnego. Dwadzieścia euro zwraca państwo. Pozostałe trzydzieści na szczęście – dodatkowe pracowe ubezpieczenie, zwane tutaj mutuelle. Poczułam lekkie poczucie winy wobec państwa francuskiego…

Ale… uf… moja matka wciąż żyje, nie mam szofera, moja „amour” jest obecnie całkowicie „possible” – odetchnęłam z ulgą. Na dodatek: nie kręcą mnie igły i strzykawki, a moje stopy zazwyczaj całkiem dobrze pachną! I świetnie wzdycham! Z tą świadomością poczułam się nagle znacznie lepiej. Tylko muszę jeszczę tę wieżę Montparnasse obczaić….

Wyszłam z gabinetu podniesiona na duchu, lekkim krokiem. Kurczę, ta homeopatia, to naprawdę działa!

PS Zdjęcia z XV dzielnicy.