Linia twoich oczu, ze Stolicy Bólu

Pół biegnąc, pół śniąc, co rano w podziemnych korytarzach, czuję się jak ten przysłowiowy szczur. Biegniemy wraz z innymi równym rytmem, sprawnie wypełniamy rozgałęzienia przewidzianych w tym celu tuneli. Z uszu zwisają nam kabelki, jedyne co może nas różnić, wyróżniać, to niesłyszalna dla innych muzyka. Czasem dwa ludzkie strumienie płynące w różne strony mieszają się niezdarnie, żeby zaraz znowu uformować zwarte fale.

Dawno nie pisałam, mam zgrabiałe palce, zdrętwiałe myśli, zakurzone słowa.

Wiele już tu było o przypadkach w metrze. Było o miłości, było o bójkach, było o żebraniu. Ale czy była już poezja?

Ta pani o posturze mało poetycznej co rano sprawia, że wyciągam na chwilę kabelki z uszu i podnoszę oczy znad telefonu. A potem wysupłam jakąś monetę. Czasem serwuje Victora Hugo, czasem Rimbaud czy Verlaine’a a dzisiaj był Eluard. I nagle zapominam o całym bezsensie tego wyścigu, na mecie którego i tak wiadomo, co czeka.

I tak mi się pensjonarsko zamarzyło, żeby sobie tu Eluarda wrzucić, jako surrealistyczną rozgrzewkę, po paru miesiącach.

Linia twoich oczu obiega moje serce,
Obrót tańca i czułości,
Aureola czasu, nocna kołyska bezpieczna;
I jeśli już nie wiem, co dawniej przeżyłem,
To dlatego, że twoje oczy nie patrzyły na mnie zawsze.

Liście dnia i piana rosy,
Różany kwiat wiatru, pachnące uśmiechy,
Skrzydła kładące światło na ziemi,
Statki ładowane niebem i morzem,
Poławiacze odgłosów i źródła kolorów.

Zapachy rozkwitłe z wylęgu jutrzenek
Składanych zawsze na słomie gwiazd,
Jak dzień zależy od niewinności,
Tak świat zależy od twoich czystych oczu -
Krew moja cała płynie w twych spojrzeniach.

Paul Eluard, Linia twoich oczu, (z tomu: Stolica Bólu), 1926

Pięknych poranków, jeśli jeszcze tu zaglądacie!

769371

Hobbit oswaja rzeczywistość

IMG_20160220_152641

Jest jakaś taka niesprawiedliwość. Kalendarz chyba sobie ze mnie kpi. Miesiąc miesiącem pogania. Dni mijają mi z prędkością ponaddźwiękową, tygodnie są jak dni, mocno muszę trzymać się za poręcz codzienności, żeby nie stracić głowy od tej szybkości.

Tymczasem dla Hobbita każdy dzień to księżycowy krok. Każdy tydzień to wielki skok. Przecież jeszcze miesiąc temu z zachwytem i łezką w oku notowałam pierwsze zbitki rzeczownika i czasownika, teraz mój syn sprawnie żongluje zarówno orzeczeniem, nie szczędzi nam również dopełnienia, zaczyna ostro atakować okolicznik miejsca, od czasu do czasu dorzuci przydawkę. Dopiero co rozczulałam się nad kiełkującą deklinacją, a tu mam już galopującą koniugację.

Jeszcze niedawno widząc na ulicy uzbrojonych żołnierzy, z zachwytem rzucał „guti guti”. Dzisiaj podbiega do nich i obwieszcza na dwóch wydechach „na gitarze panowie glają, na ulicy glają!”. Miny panów nawet nie drgają, zresztą tak jak ich nietypowe „gitary”.

I tu jest kolejna niesprawiedliwość. Że z postronnych nikt tak naprawdę nie rozumie Hobbita. No może oprócz tej pani o pięknych włosach koloru sł0wiańskiego blond, która jakoś zawsze na nas widok, naprawdę nie wiem czemu, gwałtownie przechodzi w rozmowach ze swoim dzieckiem z pięknej polszczyzny na francuski.

Ale Hobbit nie wiele sobie z tego robi. Wie przecież dobrze, że do mamy może rzucić władczym „mama idzie z Hobbitem”, a do innych przymilne „viens, viens”! Hobbit tę swoją rozdwojoną rzeczywistość językową oswaja. Rzuca mosty między narodami tworząc słowa nowe. Naszymi ulicami nie jeżdżą więc ani auta, ani voitures, to są „au-tures”, słowo „woda”, żeby zmaksymalizować publiczność staje się „wo-l’eau”, a kiedy trzeba wychodzić, by zwolennicy opcji „s’habiller” też byli zadowoleni Hobbit się „ubraje”.

Hobbit ma świadomość także tego, że w języku ojca, słów zna trochę mniej i że to może być mu przeszkodą w zdobywaniu tutejszych lajków i followersów. Ale Hobbit wie też od małego, że w życiu trzeba kombinować. Słysząc więc, że ktoś pyta po tubylczemu o znajomy mu obrazek pasikonika, radośnie wykrzykuje, że to „pasi-cheval”! Próbując namówić, by tubylczy gość przytargał mu drabinkę, które służy mu za schodek zapewniający dostęp do wszystkiego co na wysokościach, zachęca go śmiało, żeby ten przyniósł mu „drhhabin'”z obłędnym francuskim rh i bezbłędnym takiż akcentem.

I nawet tuż przed zaśnięciem w moich ramionach, słyszę jak Hobbit pod nosem porządkuje swój lingwistyczny świat. „Au revoir maman de Hobbit” mówi mi, a potem mruczy sobie „Se ki sa, maman de Hobbit? To czara Hobbita, doblanoc doblanoc”!

Metro czyli o szukaniu miłości w Paryżu

Pocałunek za szybą
ⓒ Rodolphe Sebbah

– Proszę państwa, nie jestem tutaj po to, by prosić was o pieniądze.

Podobno w takich sytuacjach umysł nie słyszy „nie”. Słyszy dokładnie przeciwność komunikatu. Lekkie grymasy na twarzy współpasażerów wydawały się potwierdzać tę teorię. Czwartkowy wieczór, w metrze tłum, każdy próbuje się lekko z niego wyabstrahować, prowadząc intensywne życie w swoim telefonie, czytając, czy intensywnie studiując ciemność tuneli za szybą. Nikt nie chce słuchać kolejnego nagabującego. Mało kto chce sięgać do kieszeni.

-Nie dawno rozwiodłem się.

… i pewnie stracił pracę, czy dach nad głową. Ludzie wzdychają, wbijają się w siedzenia, chowają w swoje szaliki, zagłębiają w płachty gazet.

– Moja żona zdradziła mnie kilka razy! Ja też nie byłem jej zresztą za bardzo  wierny!

Pani obok mnie, próbująca czytać kserówkę o tytule „Dokument z refleksji na codziennością w liceum Carnot”, prychnęła głośno. Inni podnieśli oczy znad lektury czy przerwali grę w kulki.

– Dlatego teraz, drogie panie, bo to do Was się zwracam, szukam miłości! Dlaczego w metrze, zapytacie, ale czy to jest miejsce gorsze od innych, by znaleźć siostrzaną duszę? Moje piękne przyjaciółki, jeśli szukacie waszego rycerza na białym koniu lub choćby tylko chcecie zdradzić męża, polecam się!

Szmer, który zaczął unosić się w wagonie stał się nagle radosnym wybuchem śmiechu. Fanny – może ty, jakieś panie w starszym wieku krzyczą przez pół wagonu do swojej koleżanki-

– Wiem, że robię tu z siebie pawiana, ale pozwólcie panie, że przedstawię swoje zalety – jestem w miłości bardzo ceniony i doświadczony…

Otwierające się gwałtownie drzwi na stacji zagłuszyły rozlegający się rechot. Moja stacja i konieczność galopu, żeby odebrać Hobbita i zataszczyć go do domu, zostawiły tę historię bez pointy. Nie wiem wiec, czy w tym wagoniku ów pan znalazł kogoś na stałe lub tylko na chwilę, ale mam dziwne i silne wrażenie, że w metrze w Paryżu, wszystko jest możliwe.

 

 

Ptasia apokalipsa czyli w kręgu zła

4c6683c293aa7085cfcce783493084e5

 

Poranek na Beaubourg. Dziwny, pogięty człowieczek i jego chmara. Mewy i gołębie. W cieniu atelier Brancusi.  Kotłująca się, podekscytowana, wirująca. Hałas skrzydeł. Sypnięcie pokarmu. Hałas skrzydeł. Ostra plama światła na groteskowych wylotach wentylacyjnych z Centre Pompidou. Jest coś w tym strasznego, biednego i fascynującego zarazem.

Niewiele myśląc, wyciągnęłam telefon z kieszeni, by dyskretnie i mimochodem pstryknąć. Foto. Wtem, z oskarżycielską miną, wyrasta przede mną kobieca postać. Blokuję jej drogę?

„Tak sobie ludzie zdjęcia robią! I robią! Bo nie wiedzą! Nie wiedzą co te ptactwo robi z dachem atelier. Ile szkód. Ile pieniędzy! Ile toksyn. A ludzie fotki pstrykają! Et il méchant ce type-là mais ça vous savez pas!

Niewinny, odruchowy gest postawił mnie w linii zła. Po stronie méchants, bezmyślnych turystów, nierozsądnych karmicieli miejskiej zarazy, złośliwych kloszardów.

Pod moje stopy podfrunął nagle gołąb, a za nim mewa. Dziobiąc się zaciekle, ostatecznie przypieczętowali mój udział w akcie zła.

Miódbord 2 czyli o sprzedażach i remontach

 

Paryż zimowy. No dobrze, nie taki jak u Doisneau w tym kolażu, nikt tu płatka śniegu nie widział, nie mówiąc o radosnej jeździe na saneczkach. Ale poodychaliśmy chwilkę zimniejszym powietrzem.

***

Postanowiłam sprzedać stary pierwszy wózek Hobbita. Dostaliśmy go od kuzynki, nigdy go nie polubiłam i prawie nie używałam, jako że nasz syn zdecydowanie wolał inne formy transportu. Zrobiłam fotki. Zredagowałam ogłoszenie. Dałam niewysoką cenę. Odebrałam jakieś dziesiątki mejli od zainteresowanych. Skasowałam ogłoszenie. Odpowiedziałam wszystkim, że jest nieaktualne. Schowałam pojazd do piwnicy.

Nie próbuj zrozumieć kobiety. Teraz sprzedaję fotel biurowy. Sprzedawczyni roku.

***

Gdzieś na bulwarze Woltera jakiś sklepik ogłasza się, że naprawia wszystko i odkupuje sporo. Zerkam w jego witrynę. To zwielokrotnione martwe spojrzenie starych lalek przyprawia mnie o zimny dreszcz.

***

W parku Belleville Hobbit znalazł kawałek patyka. Obejrzał go fachowo z każdej strony. W końcu kucnął i zaczął wydawać głośny dźwięk – ziuuu!

-Co robisz, mały pan?- pytam w końcu po paru minutach, starając się ze wszystkich sił ukryć nasilające się zniecierpliwienie.

-„Lemontuje” – odpowiedział. Głupi dorośli, nic nigdy nie rozumieją.

Remontował tak prawie przez godzinę. Na mrozie.

– On remontuje – mówię za chwilę głośno, gdy trochę za bardzo zbliżyliśmy się do dwóch siedzących na ławeczce prawie-meneli z silnym akcentem z Europy Środkowo-Południowej.

Z Hobbitem o zmarzniętych gilach i życzeniami szczęścia od ludzi, do których na pewno normalnie bym się nie odezwała, wróciłam do domu, szczerząc się po drodze do nieznajomych.

Ze spaceru: Buttes-Chaumont

BCh

Czasem rano, w porannej mgle. Czasem w pełnym słońcu. Czasem całkiem samotnie. Czasem w niedzielnym tłumie wózków i piknikowiczów. Czasem pod górkę, czasem z górki. A często po prostu leżąc na trawie i patrząc w niebo.

Czasem z Hobbitem w chuście, czasem w wózku. A czasem chlupiąc się z nim w strumyku.

Często cierpliwie odpowiadając – tak pies, tak Babi też ma psa,  tak , O’papa też. Czasem tylko modląc się do wszystkich bóstw z Krainy Elfów i Hobbitów o jego sen.

(I wtedy nagle wjeżdżamy pod tunelik. Nie wiem, naprawdę nie wiem, skąd to dziecię o przecież mocno zamkniętych już powieczkach to wie i krzyczy znienacka na cały głos „gaga!!!!”rozkoszując się małpującym go echem. Ech.)

Rzadko,  rzadko myśląc, że ponad lat sto i pięćdziesiąt, na jego miejscu były kamieniołomy, co wyglądało tak:

Le_Secq_-_Plâtrières_dites_Carrières_d'Amérique
Henri Le Secq,1852

Park Łysej Góry. Śpiewam w nim odę do wschodniego Paryża.

Miódbord czyli przesłanie ŻUCZKÓW!

Mood board. D. nie zrozumiał idei.
– Poza tym jak osoba, która używa (czasem) słowa „sprytofon” może używać wyrażenia „mood board”? – drążył.

A propos, do niedawna byłam pewna, że „gramofon” to słowo międzynarodowe. Jak i „domofon”. Jak i „bankomat”.

Wracając do tematu: ale osoba może, może na własnym blogu robić co jej się żywnie podoba (a może – żywnie robić co jej się podoba?) Plan jest taki (tak, tak, niestety złapała mnie mania „noworocznych postanowień” co za merde) że muszę stworzyć na własnym blogu okienko. Okienko przez które czasem wyglądnę zza mojej skorupy (docelowy cel jest taki żeby skorupę w ogóle zrzucić, ale coraz częściej myślę, żeby zapisać się do stowarzyszenia ochrony żółwi i innych żuczków). Okienko, w którym mogę napisać:

– To był super tydzień.

Albo

– To był tydzień zupełnie do dupy (przepraszam).

Czy coś innego w tym interesującym i górnolotnym stylu. Zatem zaczynam: moodboard albo nawet Miódboard numer 1<

Moodboard1

Styczeń w Paryżu wygląda na jakiś marzec. Choć akurat wczoraj wieczorem odmarzły mi uszy i kurczowo ściskałam Hobbita w ramionach, żeby wykraść mu trochę ciepła. Poza tym krokusy kwitną, a na balkonie i w parku wykiełkowały już zielone nóżki żonkili. Słońce dopieszcza nas tak, że mam postulat od Towarzystwa Ochrony Żółwi i innych Żuczków – my żuczkowie domagamy się trochę więcej ciemnych chmur, załamań ciśnienia, atmosferycznych niesnasek i gradobicia. Wszystko po to, by w grajdołku własnej skorupki móc zagrzebać się z książką, aurę traktując jako wspaniały pretekst by mieć na wszystko, jak się teraz mówi… hm… przeczytane.

***

Bez pretekstu zatem targam wszędzie ze sobą Dziennik roku chrystusowego Jacka Dehnela. Hobbit na widok okładki krzyczy: „Pan mamy, pan mamy”. Hm.

***

Oprócz czytania, czuję napływ jakiegoś wewnętrznego słowotoku, czyżby nawrót grafomanii prześladowczej (czy co gorsza: grafozy?)

***

I jeszcze ściskając wtedy Hobbita pomyślałam, że jest taki sam piątek wieczór jak 13 listopada i że jesteśmy tuż obok placu Republiki. I nie zrobiło mi się wcale a wcale cieplej.

***

We Francji styczeń oznacza tak zwane soldy, czyli błogosławione wyprzedaże. Wydawać jakieś dziwne kwoty pieniędzy usprawiedliwiając się, że przecież tyle OSZCZĘDZAM, to miód(bord) na moje niegospodarne serce. Wpadam więc do sklepów z wielce uzasadnionym szaleństwem w oku i starannie ściągam z wieszaków… szare sweterki. Następnie mierzę je godzinami, by w końcu wybrać jeden szary sweterek. Jeden, bo przecież superego patrzy. Po drugi wrócę za parę dni. Sytuacje powtarza się w kolejnych sklepach. Wspaniale. Mam teraz wylewną szafę szarej eminencji. Hm. Chyba mogę napisać dalszą część wszystkich odcieni Greya…

***

Czytałem o Was! – woła do mnie mój znajomy Antoine. (Swoją drogą mój fryzjer ma na imię Antoine. Mój ulubiony piekarz ma na imię Antoine. Szukam w tym jakiegoś klucza).- I jak się z tym czujesz?!

„O Was” –  chodzi rzecz jasna o naszą polską politykę. Drogi Antoine, tak się z tym czuję, że znowu piszę petycje w imieniu Towarzystwy Ochrony Żuczków: my żuczkowie, w idealnym świecie naszych skorupek, który wygląda jak biblioteka z wygodnym antycznym biurkiem (i obowiązkową żółtą kanapą, otwierająca się na ogród, gdzie w świetle wiosennych promieni słońca przechadzamy się z wyimaginowanymi przyjaciółmi – a dzieci poniżej lat dwóch mają tam wstęp tylko na całuska, a potem sio – polityka ma nie istnieć. Żądamy czegoś a la koniec historii i żeby znowu można było się śmiać!

Dziś nie jest mi do śmiechu. Tęsknie do czasów, kiedy Francuzi nic nie czytali „o nas”.

***

Na deser – z cyklu potyczki z językiem (już nie D. lecz jego syna), któremu w poniedziałek stuknęło 21 miesięcy:
Ja: Synku, co masz na nosku?
Hobbit: (z miną zblazowaną) Kozę!
Chwilę potem:
Ja: Synku dziś wieczorem zostaniesz z tatą, bo ja idę dokształcać się, no znaczy uczyć się, rozumiesz? No, na włoski idę!
Hobbit: Do flzyela, do flyzela!

Może to jest jakaś ścieżka kariery do rozważenia dla mnie?

Z żuczkowym pozdrowieniem!

PS Ten wpisy sponsoruje zjawisko w przyrodzie wyjątkowo rzadkie, które powoduje, że rozumiem jak to jest być inny rodzicem – dwugodzinna drzemka Hobbita. Tak mu dopomóż, na przyszłość.
,