Hobbit oswaja rzeczywistość

IMG_20160220_152641

Jest jakaś taka niesprawiedliwość. Kalendarz chyba sobie ze mnie kpi. Miesiąc miesiącem pogania. Dni mijają mi z prędkością ponaddźwiękową, tygodnie są jak dni, mocno muszę trzymać się za poręcz codzienności, żeby nie stracić głowy od tej szybkości.

Tymczasem dla Hobbita każdy dzień to księżycowy krok. Każdy tydzień to wielki skok. Przecież jeszcze miesiąc temu z zachwytem i łezką w oku notowałam pierwsze zbitki rzeczownika i czasownika, teraz mój syn sprawnie żongluje zarówno orzeczeniem, nie szczędzi nam również dopełnienia, zaczyna ostro atakować okolicznik miejsca, od czasu do czasu dorzuci przydawkę. Dopiero co rozczulałam się nad kiełkującą deklinacją, a tu mam już galopującą koniugację.

Jeszcze niedawno widząc na ulicy uzbrojonych żołnierzy, z zachwytem rzucał „guti guti”. Dzisiaj podbiega do nich i obwieszcza na dwóch wydechach „na gitarze panowie glają, na ulicy glają!”. Miny panów nawet nie drgają, zresztą tak jak ich nietypowe „gitary”.

I tu jest kolejna niesprawiedliwość. Że z postronnych nikt tak naprawdę nie rozumie Hobbita. No może oprócz tej pani o pięknych włosach koloru sł0wiańskiego blond, która jakoś zawsze na nas widok, naprawdę nie wiem czemu, gwałtownie przechodzi w rozmowach ze swoim dzieckiem z pięknej polszczyzny na francuski.

Ale Hobbit nie wiele sobie z tego robi. Wie przecież dobrze, że do mamy może rzucić władczym „mama idzie z Hobbitem”, a do innych przymilne „viens, viens”! Hobbit tę swoją rozdwojoną rzeczywistość językową oswaja. Rzuca mosty między narodami tworząc słowa nowe. Naszymi ulicami nie jeżdżą więc ani auta, ani voitures, to są „au-tures”, słowo „woda”, żeby zmaksymalizować publiczność staje się „wo-l’eau”, a kiedy trzeba wychodzić, by zwolennicy opcji „s’habiller” też byli zadowoleni Hobbit się „ubraje”.

Hobbit ma świadomość także tego, że w języku ojca, słów zna trochę mniej i że to może być mu przeszkodą w zdobywaniu tutejszych lajków i followersów. Ale Hobbit wie też od małego, że w życiu trzeba kombinować. Słysząc więc, że ktoś pyta po tubylczemu o znajomy mu obrazek pasikonika, radośnie wykrzykuje, że to „pasi-cheval”! Próbując namówić, by tubylczy gość przytargał mu drabinkę, które służy mu za schodek zapewniający dostęp do wszystkiego co na wysokościach, zachęca go śmiało, żeby ten przyniósł mu „drhhabin'”z obłędnym francuskim rh i bezbłędnym takiż akcentem.

I nawet tuż przed zaśnięciem w moich ramionach, słyszę jak Hobbit pod nosem porządkuje swój lingwistyczny świat. „Au revoir maman de Hobbit” mówi mi, a potem mruczy sobie „Se ki sa, maman de Hobbit? To czara Hobbita, doblanoc doblanoc”!

Metro czyli o szukaniu miłości w Paryżu

Pocałunek za szybą
ⓒ Rodolphe Sebbah

– Proszę państwa, nie jestem tutaj po to, by prosić was o pieniądze.

Podobno w takich sytuacjach umysł nie słyszy „nie”. Słyszy dokładnie przeciwność komunikatu. Lekkie grymasy na twarzy współpasażerów wydawały się potwierdzać tę teorię. Czwartkowy wieczór, w metrze tłum, każdy próbuje się lekko z niego wyabstrahować, prowadząc intensywne życie w swoim telefonie, czytając, czy intensywnie studiując ciemność tuneli za szybą. Nikt nie chce słuchać kolejnego nagabującego. Mało kto chce sięgać do kieszeni.

-Nie dawno rozwiodłem się.

… i pewnie stracił pracę, czy dach nad głową. Ludzie wzdychają, wbijają się w siedzenia, chowają w swoje szaliki, zagłębiają w płachty gazet.

– Moja żona zdradziła mnie kilka razy! Ja też nie byłem jej zresztą za bardzo  wierny!

Pani obok mnie, próbująca czytać kserówkę o tytule „Dokument z refleksji na codziennością w liceum Carnot”, prychnęła głośno. Inni podnieśli oczy znad lektury czy przerwali grę w kulki.

– Dlatego teraz, drogie panie, bo to do Was się zwracam, szukam miłości! Dlaczego w metrze, zapytacie, ale czy to jest miejsce gorsze od innych, by znaleźć siostrzaną duszę? Moje piękne przyjaciółki, jeśli szukacie waszego rycerza na białym koniu lub choćby tylko chcecie zdradzić męża, polecam się!

Szmer, który zaczął unosić się w wagonie stał się nagle radosnym wybuchem śmiechu. Fanny – może ty, jakieś panie w starszym wieku krzyczą przez pół wagonu do swojej koleżanki-

– Wiem, że robię tu z siebie pawiana, ale pozwólcie panie, że przedstawię swoje zalety – jestem w miłości bardzo ceniony i doświadczony…

Otwierające się gwałtownie drzwi na stacji zagłuszyły rozlegający się rechot. Moja stacja i konieczność galopu, żeby odebrać Hobbita i zataszczyć go do domu, zostawiły tę historię bez pointy. Nie wiem wiec, czy w tym wagoniku ów pan znalazł kogoś na stałe lub tylko na chwilę, ale mam dziwne i silne wrażenie, że w metrze w Paryżu, wszystko jest możliwe.

 

 

Ptasia apokalipsa czyli w kręgu zła

4c6683c293aa7085cfcce783493084e5

 

Poranek na Beaubourg. Dziwny, pogięty człowieczek i jego chmara. Mewy i gołębie. W cieniu atelier Brancusi.  Kotłująca się, podekscytowana, wirująca. Hałas skrzydeł. Sypnięcie pokarmu. Hałas skrzydeł. Ostra plama światła na groteskowych wylotach wentylacyjnych z Centre Pompidou. Jest coś w tym strasznego, biednego i fascynującego zarazem.

Niewiele myśląc, wyciągnęłam telefon z kieszeni, by dyskretnie i mimochodem pstryknąć. Foto. Wtem, z oskarżycielską miną, wyrasta przede mną kobieca postać. Blokuję jej drogę?

„Tak sobie ludzie zdjęcia robią! I robią! Bo nie wiedzą! Nie wiedzą co te ptactwo robi z dachem atelier. Ile szkód. Ile pieniędzy! Ile toksyn. A ludzie fotki pstrykają! Et il méchant ce type-là mais ça vous savez pas!

Niewinny, odruchowy gest postawił mnie w linii zła. Po stronie méchants, bezmyślnych turystów, nierozsądnych karmicieli miejskiej zarazy, złośliwych kloszardów.

Pod moje stopy podfrunął nagle gołąb, a za nim mewa. Dziobiąc się zaciekle, ostatecznie przypieczętowali mój udział w akcie zła.

Miódbord 2 czyli o sprzedażach i remontach

 

Paryż zimowy. No dobrze, nie taki jak u Doisneau w tym kolażu, nikt tu płatka śniegu nie widział, nie mówiąc o radosnej jeździe na saneczkach. Ale poodychaliśmy chwilkę zimniejszym powietrzem.

***

Postanowiłam sprzedać stary pierwszy wózek Hobbita. Dostaliśmy go od kuzynki, nigdy go nie polubiłam i prawie nie używałam, jako że nasz syn zdecydowanie wolał inne formy transportu. Zrobiłam fotki. Zredagowałam ogłoszenie. Dałam niewysoką cenę. Odebrałam jakieś dziesiątki mejli od zainteresowanych. Skasowałam ogłoszenie. Odpowiedziałam wszystkim, że jest nieaktualne. Schowałam pojazd do piwnicy.

Nie próbuj zrozumieć kobiety. Teraz sprzedaję fotel biurowy. Sprzedawczyni roku.

***

Gdzieś na bulwarze Woltera jakiś sklepik ogłasza się, że naprawia wszystko i odkupuje sporo. Zerkam w jego witrynę. To zwielokrotnione martwe spojrzenie starych lalek przyprawia mnie o zimny dreszcz.

***

W parku Belleville Hobbit znalazł kawałek patyka. Obejrzał go fachowo z każdej strony. W końcu kucnął i zaczął wydawać głośny dźwięk – ziuuu!

-Co robisz, mały pan?- pytam w końcu po paru minutach, starając się ze wszystkich sił ukryć nasilające się zniecierpliwienie.

-„Lemontuje” – odpowiedział. Głupi dorośli, nic nigdy nie rozumieją.

Remontował tak prawie przez godzinę. Na mrozie.

– On remontuje – mówię za chwilę głośno, gdy trochę za bardzo zbliżyliśmy się do dwóch siedzących na ławeczce prawie-meneli z silnym akcentem z Europy Środkowo-Południowej.

Z Hobbitem o zmarzniętych gilach i życzeniami szczęścia od ludzi, do których na pewno normalnie bym się nie odezwała, wróciłam do domu, szczerząc się po drodze do nieznajomych.

Ze spaceru: Buttes-Chaumont

BCh

Czasem rano, w porannej mgle. Czasem w pełnym słońcu. Czasem całkiem samotnie. Czasem w niedzielnym tłumie wózków i piknikowiczów. Czasem pod górkę, czasem z górki. A często po prostu leżąc na trawie i patrząc w niebo.

Czasem z Hobbitem w chuście, czasem w wózku. A czasem chlupiąc się z nim w strumyku.

Często cierpliwie odpowiadając – tak pies, tak Babi też ma psa,  tak , O’papa też. Czasem tylko modląc się do wszystkich bóstw z Krainy Elfów i Hobbitów o jego sen.

(I wtedy nagle wjeżdżamy pod tunelik. Nie wiem, naprawdę nie wiem, skąd to dziecię o przecież mocno zamkniętych już powieczkach to wie i krzyczy znienacka na cały głos „gaga!!!!”rozkoszując się małpującym go echem. Ech.)

Rzadko,  rzadko myśląc, że ponad lat sto i pięćdziesiąt, na jego miejscu były kamieniołomy, co wyglądało tak:

Le_Secq_-_Plâtrières_dites_Carrières_d'Amérique
Henri Le Secq,1852

Park Łysej Góry. Śpiewam w nim odę do wschodniego Paryża.

Miódbord czyli przesłanie ŻUCZKÓW!

Mood board. D. nie zrozumiał idei.
– Poza tym jak osoba, która używa (czasem) słowa „sprytofon” może używać wyrażenia „mood board”? – drążył.

A propos, do niedawna byłam pewna, że „gramofon” to słowo międzynarodowe. Jak i „domofon”. Jak i „bankomat”.

Wracając do tematu: ale osoba może, może na własnym blogu robić co jej się żywnie podoba (a może – żywnie robić co jej się podoba?) Plan jest taki (tak, tak, niestety złapała mnie mania „noworocznych postanowień” co za merde) że muszę stworzyć na własnym blogu okienko. Okienko przez które czasem wyglądnę zza mojej skorupy (docelowy cel jest taki żeby skorupę w ogóle zrzucić, ale coraz częściej myślę, żeby zapisać się do stowarzyszenia ochrony żółwi i innych żuczków). Okienko, w którym mogę napisać:

– To był super tydzień.

Albo

– To był tydzień zupełnie do dupy (przepraszam).

Czy coś innego w tym interesującym i górnolotnym stylu. Zatem zaczynam: moodboard albo nawet Miódboard numer 1<

Moodboard1

Styczeń w Paryżu wygląda na jakiś marzec. Choć akurat wczoraj wieczorem odmarzły mi uszy i kurczowo ściskałam Hobbita w ramionach, żeby wykraść mu trochę ciepła. Poza tym krokusy kwitną, a na balkonie i w parku wykiełkowały już zielone nóżki żonkili. Słońce dopieszcza nas tak, że mam postulat od Towarzystwa Ochrony Żółwi i innych Żuczków – my żuczkowie domagamy się trochę więcej ciemnych chmur, załamań ciśnienia, atmosferycznych niesnasek i gradobicia. Wszystko po to, by w grajdołku własnej skorupki móc zagrzebać się z książką, aurę traktując jako wspaniały pretekst by mieć na wszystko, jak się teraz mówi… hm… przeczytane.

***

Bez pretekstu zatem targam wszędzie ze sobą Dziennik roku chrystusowego Jacka Dehnela. Hobbit na widok okładki krzyczy: „Pan mamy, pan mamy”. Hm.

***

Oprócz czytania, czuję napływ jakiegoś wewnętrznego słowotoku, czyżby nawrót grafomanii prześladowczej (czy co gorsza: grafozy?)

***

I jeszcze ściskając wtedy Hobbita pomyślałam, że jest taki sam piątek wieczór jak 13 listopada i że jesteśmy tuż obok placu Republiki. I nie zrobiło mi się wcale a wcale cieplej.

***

We Francji styczeń oznacza tak zwane soldy, czyli błogosławione wyprzedaże. Wydawać jakieś dziwne kwoty pieniędzy usprawiedliwiając się, że przecież tyle OSZCZĘDZAM, to miód(bord) na moje niegospodarne serce. Wpadam więc do sklepów z wielce uzasadnionym szaleństwem w oku i starannie ściągam z wieszaków… szare sweterki. Następnie mierzę je godzinami, by w końcu wybrać jeden szary sweterek. Jeden, bo przecież superego patrzy. Po drugi wrócę za parę dni. Sytuacje powtarza się w kolejnych sklepach. Wspaniale. Mam teraz wylewną szafę szarej eminencji. Hm. Chyba mogę napisać dalszą część wszystkich odcieni Greya…

***

Czytałem o Was! – woła do mnie mój znajomy Antoine. (Swoją drogą mój fryzjer ma na imię Antoine. Mój ulubiony piekarz ma na imię Antoine. Szukam w tym jakiegoś klucza).- I jak się z tym czujesz?!

„O Was” –  chodzi rzecz jasna o naszą polską politykę. Drogi Antoine, tak się z tym czuję, że znowu piszę petycje w imieniu Towarzystwy Ochrony Żuczków: my żuczkowie, w idealnym świecie naszych skorupek, który wygląda jak biblioteka z wygodnym antycznym biurkiem (i obowiązkową żółtą kanapą, otwierająca się na ogród, gdzie w świetle wiosennych promieni słońca przechadzamy się z wyimaginowanymi przyjaciółmi – a dzieci poniżej lat dwóch mają tam wstęp tylko na całuska, a potem sio – polityka ma nie istnieć. Żądamy czegoś a la koniec historii i żeby znowu można było się śmiać!

Dziś nie jest mi do śmiechu. Tęsknie do czasów, kiedy Francuzi nic nie czytali „o nas”.

***

Na deser – z cyklu potyczki z językiem (już nie D. lecz jego syna), któremu w poniedziałek stuknęło 21 miesięcy:
Ja: Synku, co masz na nosku?
Hobbit: (z miną zblazowaną) Kozę!
Chwilę potem:
Ja: Synku dziś wieczorem zostaniesz z tatą, bo ja idę dokształcać się, no znaczy uczyć się, rozumiesz? No, na włoski idę!
Hobbit: Do flzyela, do flyzela!

Może to jest jakaś ścieżka kariery do rozważenia dla mnie?

Z żuczkowym pozdrowieniem!

PS Ten wpisy sponsoruje zjawisko w przyrodzie wyjątkowo rzadkie, które powoduje, że rozumiem jak to jest być inny rodzicem – dwugodzinna drzemka Hobbita. Tak mu dopomóż, na przyszłość.
,

Nie-baśnie z wyspy Lanka (albo my zdies’ migranty)

srilanka

 

Słonie? No są, są – śmieje się. Ale to bardzo niebezpieczne zwierzęta, wiesz? – upewnia się.

Nie wiem. Dla mnie to fascynujące zwierzęta. To fascynujące pochodzić z „gdzieś indziej”. Jako dziecko czytywałam Baśnie z Wyspy Lanka. Było tam mnóstwo maharadżów i młodych pięknych książąt jeżdżących na słoniach. Asika śmieje się znowu,  kiedy jej o tym mówię. W ogóle dużo się śmieje.

Lekka mgiełka w jej oczach pojawia się dopiero, kiedy pytam o przyszłość. Czy chciałaby kiedyś na Sri Lankę wrócić? Pokazać swój kraj synkowi?

    – Teraz żyję tylko tu i teraz – odpowiada mi w swoim pidgin english. Dyskretnie sięga dłonią policzka. Jej uśmiech szybko powraca.

Dzisiaj mam wrażenie, że to jej uśmiech ujął mnie najbardziej, kiedy się poznałyśmy. Choć mimo, że więcej między nami różnic niż podobieństw, nie mogłyśmy się nie zaprzyjaźnić. I nawet nie chodzi tylko o to, że obie byłyśmy początkującymi  matkami ledwo pełzających osesków.

Myślę że to, co zbliżyło nas najbardziej, to samotność. Samotność emigrantek, które z różnych powodów zostawiły gdzieś tam wszystko. Ale nie tylko. Była jeszcze samotność kobiety-matki, która nagle siłą rzeczy, z samego faktu pełnienia tej nowej i wszechpochłaniającej roli, przenosi się w zupełnie inny wymiar, czas i przestrzeń, szybko zostawiając gdzieś tam dawne życie i dawnych znajomych. Tych samych znajomych zresztą, którzy jeszcze na początku podekscytowani pielgrzymowali, by złożyć dary nowoprzybyłemu, ale potem już, jak to mi ktoś z rozbrajającą szczerością powiedział, nie mieli ochoty na rozmowy przerywane płaczem, ssaniem, czy kupką.

(Myślę, że wiele z nas to czuje. Że stając się matką, człowiek staje się emigrantem w swoim własnym kraju. Często wszystko trzeba stworzyć na nowo, a to trochę trwa – dom, codzienność, upleść sieć nowych znajomych, poszukać wsparcia, czasem zmienić lub zupełnie zmodyfikować pracę. A wszystko to pełniąc nieustannie dwudziestoczterogodzinny, wyczerpujący dyżur, zwłaszcza jeśli rodzina jest daleko bądź niezbyt skora do pomocy przy nowym człowieku.)

Swoją drogą to właśnie Asika, ta prosta, wydawałoby się, niemłoda już dziewczyna, która nie zna ani słowa po francusku, a po angielsku porozumiewa się tak na aby aby, pokazała mi w moim mieście różne rzeczy. Na przykład gdzie są ciekawe warsztaty dla maluchów, gdzie spotkania dla mam i takie tam. Energia i zaradność, przydatne cechy emigrantów.

Ale przecież Asika nie ruszyła do innego kraju za pracą, za miłością czy z jakiegoś innego powodu, który takim jak ja każe dziś pakować walizki, osiedlać się gdzieś indziej, nazywać dumnie ekspatami. Jej walizkę kazał pakować strach. Bo najpierw zniknął jeden z kolegów dziennikarzy. Nigdy go nie odnaleźli. A potem znajdywały się już ciała. Kolejnych i  kolejnych przyjaciół i znajomych z lokalnej gazety.

Asika nie była dziennikarką. Trudno ją nawet nazwać opozycjonistką. Była po prostu farmerką, bardziej jednak wykształconą od prostych ludzi ze sri lankijskiej wsi, studiowała rolnictwo w uniwersytecie, była nawet na stypendium we Włoszech. Miała dom, choć niewielki, jak podkreśla, swoją ziemię, na której założyła eko-farmę. Martwili ją jednak mieszkańcy w okolicznych wioskach. Bo na przykład ich dzieciom nikt nie leczył zębów, ewentualnie wyrywano je w prymitywnych warunkach. Sprowadzała więc dentystę, który bezpłatnie robił przeglądy. Organizowała dla tych dzieciaków teatrzyki i wycieczki. Potem zaczęła animować różne warsztaty edukacyjne. Przekonywała rolników, żeby nie dawali się namawiać przez biznesmenów na uprawę nietutejszych roślin, które miały przynosić wielkie pieniądze, ale tak naprawdę niszczyły ich ziemię i pozbawiały niezależności. W końcu zaczęło ją irytować też, że nikt z nich nie interesuje się polityką, że ich głosy wyborcze są kupowane przez prezydenta – that bad guy, jak go nazywa – i jego ludzie. Stąd zainteresowała się gazetą, która pisała prawdę. Poszła do redakcji i zaproponowała pomoc. Zaczęła rozdawać gazetę wśród miejscowych i tłumaczyć co i jak. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że wydała na siebie wyrok.

Procedura uzyskania statusu uchodźcy we Francji, choć zazwyczaj długa i skomplikowana, w jej przypadku poszła gładko, już po pierwszym przesłuchaniu wszystko było jasne. I had good proofs – mówi mi.

W porównaniu z tym, co widzimy na pierwszych stronach gazet i w programach telewizyjnych, jej uchodźstwo było więc, hm, luksusowe? Nie płynęła nigdzie na dziurawej łódce, tylko wsiadła w samolot i wylądowała w Roissy. Stamtąd odebrali ją ludzie u których następnie w Aubervilliers spędziła pierwsze miesiące, czekając, aż dołączy do niej mąż. To byli tamil people – dodaje. Sama jest syngalezką ale zawsze podkreśla jak bardzo paryscy tamile im pomogli.  Oni też jakoś wyszperali jej i męża pierwsze lokum, na ulicy Wiktora Hugo, w eleganckiej szesnastej dzielnicy

    – 10 meters. No hot water – przypomina sobie z dreszczem, wybuchając zaraźliwym śmiechem.

W tej dawnej służbówce na szóstym piętrze burżuazyjnej kamienicy nie tylko musieli chodzić do dzielonej z innymi toalety na korytarzu, ale w ogóle nie posiadali tam prysznica. Był tylko kran z zimną wodą. Zimą marznęli, latem za to gotowali się pod blaszanym dachem, wszelkie ablucje dokonując w misce z wodą ugotowaną na grzałce. Potem przeprowadzili się znowu do Aubervilliers. Tam było lepiej. Tam ktoś wynajął im pokój z łazienką, choć w suterenie. Bez okien.

    – Ale był ogródek – rozmarza się. Zasadziłam tam ziemniaki, cały rządek. Miałam swoją farmę – wybucha zaraźliwym śmiechem.

Stamtąd jednak musieli też się wyprowadzić, bo wynajem nie był legalny i nie mieli adresu. We Francji nieposiadanie adresu równa się niestnieniu.  Za ich tymczasowy adres więc służyła katolicka organizacja charytatywna. Asika jest buddystką, ale katolicy byli bardzo otwarci, zaznacza. Dawali im 200 euro na miesiąc. W końcu jej mąż dostał pracę, jako pomocnik kucharza w ekskluzywnej restauracji na Polach Elizejskich. Brat jego szefa w końcu wynajął im mieszkanie, w którym mieszkają teraz. Małe, ale i z oknem, i łazienką – dodaje z ulgą.

P1190128

Rozglądam się, bo właśnie piję herbatę w tym małym mieszkanku na parterze. Z okien, przez które głównie widać zaparkowane na chodniku samochody, dochodzą co chwila strzępki rozmów przechodniów. Mieszkanie to właściwie jedno pomieszczenie. Naprzeciwko wejścia znajduje się mała kuchenka, tuż obok stoi duże łóżko, koło niego biurko, przy którym przycupnęłam ja. To właściwie tyle. Asika mówi z udawaną dumą, że mają więc kuchnie, sypialnię oraz salon z jadalnią. Nie wie, ile może to być metrów kwadratowych, mi przypomina mi się jednak, że te 20 metrów, na których mieszkałam w Krakowie przez moje ostatnie polskie lata, w porównaniu z tą przestrzenią było dużo. Nieśmiało pytam o cenę wynajmu. 700 euro – odpowiada. Proszę, żeby napisała na karteczce, żeby upewnić się, czy dobrze zrozumiałam. Jesteśmy w końcu w najtańszej dzielnicy Paryża.

Ta kwota nagle naprowadza nas na różne tematy budżetowe. Mówi mi, że jakoś sobie radzą z jedną pensją, szkoda tylko, że trzeba ciągle kredyt płacić. Jaki kredyt? No do banku, w Sri Lance. Jej podróż do Europy kosztowała – 13 tysięcy euro. Drugie tyle – podróż męża.

Podaje jej karteczkę, żeby napisała mi tę kwotę. Mówi ją po angielsku i po francusku ale wciąż boję się, a raczej mam nadzieję, że źle zrozumiałam. Pytam komu ją zapłaciła – agentowi.

You know, they are not good people – mówi cicho.

Gdy organizuje urodziny synka, w tej ciasnej przestrzeni mieści się o dziwo ich trójka, nasza trójka, starsza pani – sąsiadka „z Jugosławii” i inna sąsiadka, młoda dziewczyna. Śpiewamy sto lat, po angielsku i po francusku. Dorzucam nasze sto lat, Serbka intonuje coś na swoją nutę. Dzieci otwierają razem prezenty. Na zewnątrz jest chłodno, tu w środku, w tej małej klitce pachnącej ryżem basmati, jest bardzo ciepło.

I tak daleko od baśniowej wyspy Lanka i niebezpiecznych słoni.